sobota, 12 lutego 2011

Trzymaj pion!

Kolejna sobota, więc przed wami następny drink w serii Saturday Night Fever. Koktajl bardzo nietypowy i do tego wyborny. Polecam wszystkim ciężarnym, kobietą karmiącym i abstynentom, bo jest bezalkoholowy !



Równowaga:

- lody 50 gram
- mleko 20 ml
- banan 50 gram
- syrop Grenadine 10 ml
- syrop Blue Curacao 10 ml.



Lody, mleko i banana należy zmiksować, a następnie podzielić masę na dwie równe części. Do jednej dodajemy syrop niebieski, do drugiej czerwony. Wymieszać, aż równomiernie się zabarwią. Wlać obydwie naraz do kieliszka, możliwie jak najdokładniej, aby utworzyły się dwie równe warstwy. Otoczkę cukrową robimy zanurzając połowę kieliszka w jednym syropie, następnie w cukrze. Powtarzamy z drugiej strony to samo. Gotowe, kwestia z której strony będziecie go pili, zależy od was ;)

Miłego weekendu i połamania nóg na parkiecie.
Szana :)

czwartek, 10 lutego 2011

Economy Gastronomy, czyli piekę z resztek.

Cześć!
Oto kolejna część z serii
Economy Gastronomy, czyli - cook better, waste less.

Ostatnio wykonywałam urodzinowy tort dla mamy, po którym zostało mi 5 żółtek, ponieważ za pierwszym razem nie ubiły mi się białka i musiałam brać kolejne 5. Żółtka zostawiłam więc w lodówce i tak stały, czekając na cud. Jestem osobą, która nienawidzi marnować jedzenia ( z pobudek czysto humanitarno-osobistych ), tak więc kombinowałam jak je wykorzystać. Przeszukałam internet w celu znalezienia jakiegoś fajnego przpisu, ale nic mi nie przypadło tak bardzo do gustu. Znalazłam m.in przepis na tartę "żółtą", którą trochę przerobiłam i w efekcie wyszła całkiem niezła, a żółtka nie wylądowały w zlewie, tak więc: Mission Complete!




Zawsze w zamrażaliniku mam porcję zagniecionego, kruchego ciasta na tartę, (Przepis na ciastu znajdziecie tu.) tak więc wykonanie jej zajęło mi niecałe pół godziny.

  Tarta żółta z resztek:

masa:

- 5 badź 6 żółtek
- 300 gram cukru pudru
- szklanka mleka
- łyżka cynamonu
- 2 łyżki wody różanej*
- cukier cynamonowy



Żółtka ubijam z cukrem, dodaje mleko, cynamon i wodę różaną. Jeszcze chwilę ubijam, dla jednolitego połączenia składników. Następnie krótko podgrzewam na ogniu, aż zacznie się tworzyć masa konsystencji budyniu. Wtedy przelewam nadzienie na upieczony spód i posypuję cukrem cynamonowym, aby powstała fantastyczna i aromatyczna, chrupiąca skorupka. Pieczemy w 180 stopniach, aż masa się zetnie dokładnie, a cukier skarmelizuje. Łatwo sprawdzić patyczkiem bądź palcem czy jeszcze składniki są luźne. Po wyjęciu skrapiamy wodą różaną i jesteśmy szczęśliwi :)





*Wodę różaną zastopiłam w tym przepisie: Kewra water, która pochodzi z Indii i moim zdaniem jest nawet o oczko wyżej niż oryginalna woda. Ma bardzo intensywny zapach, podobny do wody różanej, ale bardziej słodkawy i owocowy. Wytwarzana jest z rośliny Pandanus. Do kupienia w Kuchniach Światach za około 10 zł.



środa, 9 lutego 2011

Obserwatorium Gastronomiczne: Restauracja Le Regal – i tu niestety nic dowcipnego mi się nie nasuwa.

Restaurację Le Regal wybrałam ze względu na b. dobre opinie krążące w Internecie i też dlatego, bo jako jedna z niewielu restauracji serwuje ona dania, które umożliwiłyby mi rozszerzenie moich horyzontów kulinarnych. Małże św. Jakuba, żabie udka, Bouillabaise, tarta Tatin, czyli przysmaki kuchni francuskiej, w chwalonej, nagrodzonej tytułami restauracji; czemu nie?





Wybrałyśmy się do niej, aby obejść urodziny mamy, trochę inaczej, niż co roku.  Stolik zarezerwowałyśmy na 15.00. Mama była odrobinę wcześniej i krążyła jak sęp pod knajpą, badając teren. Rozmawiałyśmy chwilę przez telefon i pierwszy sygnał alarmowy brzmiał mniej więcej tak:
-„Wejdź do środka, usiądź i poczekaj w restauracji. Zaraz będziemy.”
-„Ale ja tam nie wejdę sama! Tu jest zupełnie pusto.”




Tak, tak, w restauracji wiało pustkami. Istna tragedia. Czułam się tam jak tubylec. Strasznie niekomfortowo. Szczerze, modliłam się, aby ktoś tam przyszedł. Kelnerzy snuli się jak jakieś cienie, a nasza rozmowa unosiła się hen po pustym lokalu. Strasznie przykre uczucie. Stwierdziłam: „Cóż trudno, miejmy nadzieję, ze jedzenie będzie warte tej wizyty.”, ale trudno delektować się daniami, nawet gdyby były jak z przewodnika Michelin’a, kiedy ja czuję się nieswojo. Widocznie Bóg wysłuchał moich próśb, bo kiedy dopiero zaczynałam wgryzać się w przystawkę weszła jakaś rodzina. Kamień z serca.




Wystrój restauracji w stylu czeskiego horroru przeszłej dekady. Nie wiem czemu, ale tanie freski, a’la Rue de Paris na ścianie i styropianowe latarnie z plakietkami „metro” czy „Foie Gras” nie przemawiają do mnie, do tego te trzy smutne róże wetknięte w butelkę po syropie malinowym na stole… Aj nie tak wyobrażam sobie francuską restaurację.




Tak więc już na starcie Le Regal dużo straciła przez nieszczęsny wystrój i mój dyskomfort, a do tego ten koszmarny kelner. Pomijam wiek, ale był taki osowiały, jakby przyszedł do pracy pierwszy dzień po miesięcznym zwolnieniu. Każde jego słowo było takie flegmatyczne zresztą jak on cały. Nie zachęcał mnie do wejścia z nim w jakikolwiek dialog. Nie miałam ochoty dopytywać, o cokolwiek z karty. Chciałam jak najszybciej złożyć zamówienie i żeby migiem sobie poszedł!




Dobra. Klienci przyszli, zamówienie złożone, czas na jedzenie. I tu kolejne rozczarowania (tak, niestety w liczbie mnogiej – nie rozczarowanie, a rozczarowania.) Ja zaczęłam od przystawki, czyli żabie udka. Same w sobie smaczne, ale potrawka, na której zostały podane, istny kameleon. Na początku stwierdziłam, że w porządku. Warzywa w stylu „julienne” w sosie potrawkowym. Jednak po trzecim kęsie zrobiło mi się mdło, za piątym musiałam chwycić za herbatę, bo komuś pieprz podejrzewam się odkręcił, a pod koniec znowu mdło. Istne zamieszanie w prostych warzywach. Jedźmy dalej.
Dorota wzięła wątróbki w sosie wiśniowym. Niestety po jej minie widać było, że coś nie gra. Spróbowałam i już wiedziałam o co kaman. Gdzie te wiśnie? Ja tam czułam sam ocet.
A co do przegrzebków nie można się przyczepić, ale do sosu kurkowego owszem, bo jakim cudem w jednej muszli sos był pyszny, a w drugiej tak przesolony, że nie szło go zjeść? Pracowałam na kuchni i sos powinien pochodzić z jednej patelni, więc jak rozwiązać tą zagadkę?
Jedyne, co uratowało honor kucharza to legendarna zupa rybna z Marsylii. Była pyszna z fajną aromatyczną pastą i świeżymi bagietkami. Palce lizać.
Desery.. i kolejne wpadki. Tarta Tatin, z czego co wiem, raczej podawana na ciepło; tu na zimno na niezbyt smacznym cieście francuskim, bez rewelacji, a moja tarta czekoladowa, aj… spodziewałam się czegoś innego. Bardziej kremowego. Masa krucha, ciasto jak nie na tartę przystało. Jednym słowem kiepsko.



Na tydzień przed planowanym wypadem, zastanawiałam się czy zawszę będę chodziła do restauracji, w których jedzenie będzie pyszne, lokal super, obsługa przyjazna. Do tej pory tak było. Ale dziś poznałam odpowiedz. Otóż nie.
Nie uważam tego wyjścia za udane. Jedyne, co mnie pociesza to bardzo smaczna zupa rybna oraz, fakt że spróbowałyśmy przegrzebków, a ja żabich udek. Knajpa odstraszająca, umiejętności kucharza zastanawiające. Więcej tam nie wrócę, choćby mi płacili.

Galaretki po polsku, czyli ogórek kiszony, miód, maślanka i rosół.



Nawiązując do zadania konkursowego, czyli finger food - przekąski po polsku, postanowiłam wykonać galaretki nawiązujące do regionalnych smaków w wersji mini. Cztery smaki jak cztery pory roku, wykonuje się bardzo szybko, a na karnawałową imprezę wprost idealne.



Oto moje danie konkursowe: Finger food - przekąski po polsku!

Regionalne galaretki w polskich smakach


PS: Dla głosujących przewidziano nagrody :)
PS2: Aby zagłosować, formularz wyświetla się na samym dole, trzeba przeciągnać stronę, po wciśnięciu "głosuj"


Potrzeba nam będzie:

miód, bulion, maślanka, woda po kiszonych ogórkach, woda i żelatyna - na galaretki

pumpernikiel, ogórek kiszony, marchew, szynka, serek, dzem, cukier, sól, koperek, natka, szczypiorek - na przybranie.

Przygotować należy 4 niewielkie formy na galaretki, najlepiej silikonowe, które umożliwią nam łatwe wyjęcie. Ja miałam foremki, które mieściły 50 ml, więc odmieżyłam każdego płynu tj.
(kolejność jak na zdjęciu, patrząc od góry, od lewej strony.)
1) bulionu
2) miodu,
3) maślanki
4) wody po ogórkach kiszonych,
po 30 ml i wymieszałam z 20 ml wody z dodatkiem jednej łyżeczki żelatyny. Do galaretki o smaku ogórków dałam podwójną ilość żelatyny ze względu na kwasowość roztworu.
Następnie wyciełam szklanką kanapki z chleba i udekorowałam następująco.
1) Galaretka rosołowa - ugotowana marchewka drobno starta przybrana natką pietruszki.
2) Miodowa - naturalny twarożek z dżemem imbirowo-truskawkowym, posypana cukrem cynamonowym.
3) Maślanka - surowa szynka, całośc opruszona czarną solą i udekorowana szczypiorkeim.
4) Ogórek kiszony - wyściółka z kiszonego ogórka, udekorowana plasterkiem ogórka i koperkiem.

Danie szybkie i bardzo efektowne. Do tego w stu procentach smaki polskie, polecam~!
Szana :)

Rosołowa:
Miodowa:
Ogórek kiszony:

Maślanka:

wtorek, 8 lutego 2011

Urodzinowy tort dla mamy

Moja mama, jak to mama; dla mnie jest najwspanialsza na świecie. I choć nie raz prowadzimy bezsensowne awantury to ją zwyczajnie kocham. Dlatego w dzień jej urodzin postanowiłam upiec dla niej tort jako prezent, z krótkim i treściwym przesłaniem.


Zadanie miałam następujące: tort musi być czekoladowy i z dużą ilością alkoholu.

Tort urodzinowy czekoladowo - ananasowy z bitą śmietaną:

Biszkopt:

- 5 jajek
- 1 szklanka cukru (250 ml.)
- 5 łyżek mąki pszennej
- 1 łyżka mąki ziemniaczanej
- 2 łyżki kakao
- 1,5 łyżeczki proszku do pieczenia

Masa:

- 2 mascarpone
- 100 gram cukru pudru
- 50 gram kakao
- 1 op. ananasów
- bita śmietana

Czekoladowa krawędź:

- 2 op. czekolady gorzkiej
- 1 łyżka miodu.

Nasączenie:

- sok ananasowy
- likier Bols – apricot brandy


Zaczynam od wypieku biszkoptu. Oddzielam białka od żółtek. Żółtka miksuje z cukrem, a białka na sztywną pianę. Następnie dodaje do żółtek wszystkie suche składniki, przesiane przez sito i miksuję krótko mikserem, aby się równomiernie rozprowadziły. Następnie do żółtej masy dodaję sztywne białko i delikatnie łyżką mieszam obydwie masy, w taki sposób, aby jak najwięcej powietrza „wpuścić” do środka. Ważne jest, aby nasz ciekły jeszcze biszkopt puszczał bąbelki powietrza. Biszkopt przelewamy do formy o średnicy około 23 cm i pieczemy, aż patyczek będzie suchy, a ciasto odstawało od brzegów, w temperaturze 180 stopni. Mój piekarnik męczył się z tym około 40 minut.





Następnie biszkopt dzielimy na dwie części i obydwie solidne od serca należy nasączyć wymieszanym sokiem z likierem w stosunku 3:2 (tak na moje oko)

Robimy masę. Wszystkie składniki miksujemy, aż się dokładnie połączą następnie dodajemy drobniutko skrojone w kosteczkę cząstki ananasa. Smarujemy jedną część biszkoptu, następnie nakładamy bitą śmietanę. Moja rada, aby nie rozsmarowywać wszystkiego po samiutkie końce, raczej zrobić nawet górkę po środku, bo gdy naciśniemy następny biszkopt, masa ładnie sama się rozejdzie. Powtarzamy wszystko to samo na kolejnej części, tylko tu już smarujemy po całości ciasta.

Wykonujemy czekoladowy bok tortu: Odcinamy kawałek papieru do pieczenia o długości obwodu i wysokości ciasta. Następnie natłuszczamy go i smarujemy rozpuszczoną czekoladą w kąpieli wodnej z dodatkiem miodu. Szybko przyklejamy pasek do tortu i odstawiamy do zastygnięcia w lodówce. Gdy czekolada stwardnieje pasek z łatwością się oderwie.

Dekorujemy wedle uznania. Tort gotowy.

Jeszcze raz, sto lat mamo, bo wiem, że będziesz to czytać!

Kochani!

Gdyby ktoś zapytał mnie o moje największe marzenie kulinarne odpowiedziałabym -
kolacja w Nomie u zacnego pana Rene.

***

W konkursie Lurpak'a mozna wygrać taką wycieczkę. Gdyby nagrodą był tylko sam tytuł bloga roku 2011, owszem walczyłabym, ale może nie, aż tak gorliwie. Nie oszukujmy się, że to dla mnie jedyna szansa na spełnienie tego marzenia, więc liczę na wasz support:)
SZANA :)


Obserwatorium Gastronomiczne: Lola's Cupcakes - słodkie amatorstwo.

Początek lutego to jubileuszowy czas u mnie w domu. Dzień po dniu wypadają imieniny siostry i urodziny mamy, a do tego zaraz walentynki. Jednym słowem pierwsze 14 dni to planowanie co by tu niezgorszego upiec, a następnie to pałaszowanie nieopisanych ilości kalorii.





Jak tradycja mówi: solenizant stawia, więc moja siostra postanowiła wspomóc moje obserwatorium gastronomiczne i zrobić muffinkowo - warszawski reasearch. W stolicy są dwa miejsca (przynajmniej mi te wiadome), gdzie można nabyć cupcakes’y. Mianowicie Goodies na Koszykowej i  Lola’s Capcakes na ulicy Przeskok bądź w legendarnych ZT. Niestety, Goodies nie zostały otworzone, mimo iż siostra kwitła z 15 minut pod sklepem, więc w efekcie zadowoliłyśmy się babeczkami Loli.





Dorota przyniosła do domu, aż 11 muffinek, z których każda była innego smaku. Jedna muffinka kosztuje 6 zł. Z tego co mi wiadomo, na Koszykowej też cena oscyluje w granicach 5-6 zł, więc jest to powiedzmy do przełknięcia. Można niestety tak, uważać dopóki na serio nie wgryzie się w muffiny, albo dokładnie się jej nie przyjrzy.



Dla przeciętnego bywalca ZT lub przechodnia na Przeskoku te babeczki są efektowne, niespotykane, twórcze, zjawiskowe etc.. Jednak dla gastronautów widok tej babeczki powinien spowodować zapalenie się czerwonej lampki.  Może wyglądają ładnie, ale tylko z daleka. Po przyjrzeniu się im z bliska ich „widowiskowe” deco jest jedną wielką amatorką jakiegoś biednego cukiernika, który Bóg wie, co wsadza do ich „wnętrza”, o którym zaraz wspomnę. Ich ozdoby są prosto mówiąc… banalne. Kwiatuszek, serduszko, marcheweczka, listeczek, kremowe fafarafa. Tak naprawdę ozdoby, które wykona każdy w domu. Bez papieru czeladnika. Skoro robimy coś na pokaz, muffinki, które mają być lepsze od tych naszych domowych, ładnie przyozdobione; moim zdaniem powinny być bardziej dopracowane z zewnątrz. Do dodatków z cukru, nie ma się do czego przychrzanić, ale te kremy są tak nasączone jakimiś hardcorowymi wzmacniaczami smaku, że aż gębę wykręca w drugą stronę (i wbrew pozorom nie cytrynowy, a wiśniowy!).




Jeśli chodzi o smak samych babeczek to mi nie smakują. Są takie wilgotne, nasycone tymi utrwalaczami, przedłużaczami (aby nie czerstwiały), że najzwyczajniej w świecie, smakiem nie przypominają tych naszych domowych, z chrupkim wierzchem i świeżych! (TAK! Te babeczki nigdy nie były i nie będą chrupkie! Les Skandales!)





Czekoladowa jest tak przesadzona (za czekoladowa), ze nie idzie zjeść jej 1/3, a nie wyobrażam sobie skonsumowania jej całej. Z masą serową i dżemem morelowym byłaby  zjadliwa, gdyby nie ten tragiczny twarogo-coś, co po prostu wykręca buzię (znów!), a marchewkowa zalatuje piernikiem. Mogłabym tak dużo pisać o każdej. Jednym słowem wielki niewypał i do każdej miałabym się do czego przyczepić.






Jednak dla naszych statystycznych klientów, powiem nawet przypadkowych, dla których gastronomiczne uniesienia nie są, aż tak bardzo, bardzo istotne, mogą się owe babeczki wydawać niezwykle atrakcyjne. Czytając opinie o Lola’s Cupcakes w Internecie moja recenzja jest konstruktywna, a inni mają podobne odczucia o słynnych muffinach. A! i jeszcze zostanę uparcie przy swoim, że moim zdaniem klienci Lola’s Cupcakes są w 85% przypadkowi, a nabywają je, skuszeni kolorowym, cukrowym, wesołym deco, nieświadomi, co się kryje w misternej babeczce, za niewarte swojej ceny, 6 złotych.


moja mina - bezcenna ;)

poniedziałek, 7 lutego 2011

BASIC, czyli bazowe przepisy w kuchni - kruche ciasto

Cześć!
Z samego rana, póki jeszcze mamy na cokolwiek czas, chciałabym wam zaoferować nowy dział na moim blogu. Będę pod hasłem BASIC gromadzić podstawowe i sprawdzone przepisy, które zorganizują nam pracę w kuchni i oszczędzą niepowodzeń. Z własnego doświadczenia wiem, jakie to frustrujące, kiedy za każdym razem coś nam nie wychodzi. Stąd wziął się mój pomysł. Uwierzcie mi, przejrzałam setki przepisów, zagniotałam tuziny kruchych ciast, ale te proporcje, którę tu zamieszczam są najlepsze na kruche, słodkie ciasto do wszelakich tart i babeczek.





Ciasto słodkie, kruche:

- 25 dag masła
- 13 dag cukru
- 1 jajko
- 45 dag mąki
Przesianą mąkę mieszam z cukrem pudrem , dodaję masło w małych kawałeczkach i rozdrabniam nożem. Kiedy powstanie kaszka, dodaję jajko i wszystko energicznie zagniatam. Ciasto zawijam folią i odkładam do lodówki na 30 min, albo do zamrażalnika i wyjmuję w odpowiednim momencie ;) Góra 15 minut pracy!
Ściskam,
Szana :)
PS: Miłego poniedziałku!

sobota, 5 lutego 2011

Lucy In The Sky

Dziś w serii Saturday Night Fever chciałabym wam zaprezentować i oczywiście polecić do spróbowania kolejnego, autorskiego drinka. Tym razem ochrzciłam go „Lucy In The Sky”;
nawiązując tym samym do piosenki Beatlesów, którzy śpiewają : „Lucy In The sky with diamonds (…)” .




Cały bajer tego drinka, jest w kolorowym lodzie, o kształcie kryształów. Zabawa dość czasochłonna, ale efekt uważam, warty tego wysiłku. Taki lód powstał z wody wymieszanej z syropami, którymi napełniłam formę. Trzeba być bardzo ostrożnym przy transporcie do zamrażalnika, żeby ciecze się nie wymieszały, no i już nie wspomnę, że powinnyśmy formę ustawić na równej powierzchni.

Lucy In The Sky

- 40 ml wódki

- tonik do wypełnienia


Tak, drink ma tylko dwa składniki, ponieważ lód lekko zabarwi i nada słodkawego posmaku całości. Ja farbowałam syropem grenadine, blue curacao i syropem o smaku melona.


Ode mnie to na tyle, miłego weekendu i udanych tańców.
Szana.

piątek, 4 lutego 2011

Mięso na słodko, czyli polędwica wieprzowa z miodem, cynamonem i sezamem.

Cześć!
Podejrzewam, że wszysycy mamy już po dziurki w nosie tego tygodnia. Szef się znów przychrzanił, dziecko rozchorowało, a samochód ledwo ciągnie etc.. Wszysycy mamy problemy rożnych gabarytów, więc nie ma nic lepszego na zrelaksowanie się, niż.... ----> piątkowy obiad!. Posiłek, który powinien być wyjątkowy, bo tak zaczynamy kolejny, miejmy nadzieję, dobry weekend. Danie robi się szybciutko i liczę, że osłodzi wam trochę te smuteczki nad rzeczką :)





Polędwica wieprzowa marynowana w miodzie, cynamonie i sezamie.

- kawałek polędwicy
- jabłko
- oliwa
- olej sezamowy
- ocet
- miód
- cynamon
- sezam
- sól, pieprz
- trochę karmelu.

czwartek, 3 lutego 2011

Wiosenna tarta z awokado i limonką.

Przepis na to ciasto od razu mi się spodobał, bo wyróżniał się na tle innych kruchych ciast. Jeszcze nigdy nie próbowałam ciasta z awokado, więc uznałam, że może być ciekawie. Jak dla mnie masa w oryginalnym wydaniu była ciut za mdła ( ze względu na dużą ilość awokado ), dlatego też podaję już wersję zmodyfikowaną. Poza tym chciałabym śmiało napisać, że to proporcje na najlepsze kruche ciasto jakiekolwiek robiłam, więc warto spróbować!






Tarta z awokado i limonką

ciasto:

- 25 dag masła
- 13 dag cukru
- 1 jajko
- 45 dag mąki

masa:

- zmiksowane awokado (3-4 szt.)
- 350 g mleka skondensowanego
- skórka z jednej limonki
- sok z 3 limonek
- 50 dag cukru pudru
- 2 żółtka

Przesianą mąkę mieszam z cukrem pudrem , dodaję masło w małych kawałeczkach i rozdrabniam nożem. Kiedy powstanie kaszka, dodaję jajko i wszystko energicznie zagniatam. Ciasto zawijam folią i odkładam do lodówki na 30 min. Po przerwie na sprzątanie :) wyciągam ciasto, rozwałkowuje je i wykładam formę. Spód nakłuwam widelcem, przykrywam papierem do pieczenia i wysypuje dla obciążenia fasolę. Po chwili jak ciasto, ze tak powiem ociupinę się "zetnie", zdejmuję fasolę i pieczę dalej. Piekarnik należy rozgrzać do 180 stopni, i trzymać je tak długo, aż się zarumieni* ( w oryginalnym przepisie zalecali tylko 10 min. Po tych dziesieciu minutach to ciasto jest wciąż surowe, więc nie wiem kto pisał ten przepis, ale napewno nie osoba rozumna.)





W międzyczasie przygotowujemy nadzienie. Mieszamy mleko z sokiem i skórką limonki, roztrzepanymi żółtkami i cukrem. Mleko powinno się ściąć pod wpływem kwasu. Miksujemy tak długo, aż masa będzie jednolita i zgęstnieje. Dodajemy zmiksowane awokado, mieszamy i rozsmarowujemy na wystudzonym spodzie.Wstawiamy na kilka godzin do lodówki. Można podawać z bitą śmietaną.




Tarta ma bardzo oryginalny smak i polecam ją na wszelakie imprezy, bo napewno zrobi wrażenie. Do tego jej zielony kolor przypomina, że już niedługo wiosna. Fajny, optymistyczny deser ;)
Pozdrawiam,
Szana.

środa, 2 lutego 2011

Obserwatorium Gastronomiczne - Szeretlek Borpince!

Borpince - kuchnia węgierska
(wizyta 19.XII.2010)

Polak, Węgier, dwa bratanki, i do szabli, i do szklanki; rzecze stare przysłowie. Cóż, nie pozostaje mi nic innego, niż się z nim zgodzić. Znam sporo Węgrów, dzięki praktykom, gdzie pracowałam z owymi krajanami. Przyjazny naród o zakręconym języku, o którym nie powiem złego słowa. Choć przyjaciół mam sporo, to z ich kuchnią narodową nie miałam do czynienia, aż do czasu wizyty w węgierskiej restauracji Borpince.


foie gras z grillowanymi owocami



Z tą propozycją mama wyskoczyła znienacka. Jej propozycje na wyjście krążyły wcześniej w zupełnie innym kierunku, aż nagle oświadczyła, że idziemy właśnie tam. Dla mnie kuchnia węgierska jest zagadkowa. Dużo o niej się nie mówi, a moje pierwsze skojarzenie to słodka papryka. To niewiele jak na gastronautę przystało, tak więc, ten wybór był dla mnie idealny. Do restauracji poszłyśmy tuż przed zbliżającymi się świętami Bożego Narodzenia.




Restauracja mieści się na ulicy Zgoda 1 w centrum Warszawy. Tak na moje około 10 m p.p.m. została zagospodarowana przestrzeń; która w efekcie tworzy wyjątkowy nastrój węgierskiej restauracji. Lokal przypomina ciemną piwnico – winiarnię. I choć są te białe obrusy i kieliszki na stole, a kelnerzy chodzą w wyprasowanych koszulach i wszystko jest takie sehr elegant, to nie czułam się tam obco i nie na miejscu, gdyż muszę przyznać, że taka elegancja Francja czasami wpędza mnie w uczucie dyskomfortu.


        sum ze szpinakiem



W karcie widnieją typowe dania, takie jak paprykarz z galuszkami, tradycyjne zupy czy gulasze. Mimo to nasze wybory nie poszły w tym kierunku. Mam taką zasadę, że jeśli chodzę na miasto coś zjeść, to wybieram z karty oryginalne dania, których raczej nie spróbuję w domu. Ja wybrałam suma (ryby, której wcześniej nigdy nie jadłam i wątpię, aby zapowiadało się, abym jadła), moja siostra Foie Gras z grillowanymi owocami,  a mama pieczoną pierś kaczki z rodzynkami Aszu, a do tego grillowane warzywa i opiekane ziemniaki. Oczywiście dania wszystkie na 5 +, a całość ślicznie podana. Gwoździem programu okazał się jednak deser mojej siostry, czyli puree z kasztanów, które wykonywałam później sama w domu, z tęsknoty za tym smakiem. (Kliknij - przepis na kasztanowe puree.)


   and the winner is ....  -kasztanowe puree


Warto też wspomnieć o obsłudze kelnerskiej, na którą za każdym razem zwracam szczególną uwagę i poddaję różnorakim testom ze znajomości karty. W restauracji było 3 kelnerów, z których każdy jeden wyglądał jak rasowy wykidajło w przebraniu. Jednak nie ocenia się książki po okładce, a nasz kelner okazał się bardzo miłym i szczerym człowiekiem, bo po raz pierwszy w historii zdarzyło mi się, aby kelner odradził mi zamówienie czegoś z karty. Pamiętam, że chciałam wziąć na deser jakiś shake z wiśni i cynamonu, jednak po dość bezpośredniej odmowie przyjęcia zamówienia wymiękłam. Za to daję dodatkowy plus dla całokształtu. A pana chciałabym serdecznie pozdrowić tu i teraz ;)





Atmosfera w restauracji na 5, jedzenie na 5+, obsługa na 6. Odwiedźcie czym prędzej Borpince i zobaczycie sami, że z trudem wychodzi się z tej restauracji. Ja pamiętam, że mogłam zostać tam cały wieczór. Było węgrastycznie.

czwartek, 27 stycznia 2011

Nie zawsze się udaje, czyli właściwe podejście w kuchni.

Tak jak wspominałam niedawno, mam teraz sporą zajawkę na kuchnię skandynawską. Tak się składa, że jest ona coraz bardziej popularna, (dzięki Nomie Pana Rene), i to nieprzeciętnie dobrze, bo warto zapoznać się z jej oryginalnymi i jedynymi w swoim rodzaju  przepisami, które zaskoczą pewnie nie jednego i tak jak dziś mnie.. niestety w złym słowa tego znaczeniu.



Kupiłam sobie z dwa tygodnie temu książkę – przewodnik Pascala po kuchni Skandynawskiej. Śliczny album z cudnymi obrazkami, podzielony na kraje, pory roku, przepisy. W kuchni Norwegi znalazłam recepturę na podpłomyki Lefse. Przyjemny przepis i dość szybki w wykonaniu, dlatego skusiłam się go wykonać po przyjściu z pracy. Niestety moja cała produkcja okazała się klapą..

Ciasto oczywiście nie wyszło, było rzadkie jak woda i musiałam dodać do niego z 4 razy więcej mąki niż było podane, aby cokolwiek skleić. To co wylepiłam wielkimi trudami, okazało się jednym wielkim zakalcem i w efekcie nawet przeróbka ciasta na kluski skończyła się jedną wielką porażką. W efekcie  cała moja praca wylądowała w koszu na śmieci.


Nie czuję się spełniona i szczęśliwa z tego powodu, ale płakać nie będę. Przegrałam bitwę, ale nie wojnę. Przeszukałam Internet w celu poprawienia nieszczęsnych Lefse, tak więc wyniki wkrótce.

poniedziałek, 24 stycznia 2011

"I cóż, że ze Szwecji", czyli tosty Ubodzy Rycerze.

Kuchnia skandynawska wydaje mi się dość atrakcyjna; dlatego bez wahania postanowiłam sukcesywnie sprawdzać ich regionalne dania. Ubodzy rycerze to potrawa ze Szwecji, bardzo szybka i prosta w wykonaniu. Do tego wszystkie składniki, których potrzebujesz, masz w domu. I ostrzegam, żeby potem nie było, że nie mówiłam.. zupełnie tak szybko jak się ją robi - uzależnia!




"Ubodzy Rycerze"

- 1 jajko
- 1,5 szklanki mleka
- 1 szklanka mąki
- tosty
- masło
- cukier, cynamon

Jajko z szklanką mleka ubijam, następnie po trochu dodaję mąki. Kiedy masa będzie gładka, dodaję resztę mleka i znów krótko miksuję. W powstałej masie zanurzam tosty, które przesmażam na maśle. Pod koniec posypuję cukrem i cynamonem i podaje. Polecam na jutrzejsze śniadanie :)


   +    =  UBODZY RYCERZE :-)

niedziela, 23 stycznia 2011

Obserwatorium Gastronomiczne: Kawa, cafeteria, five o’clock i temu podobne, czyli kawiarnia "THE BARISTA"

Nie ukrywam, że od niedawna zaczęłam chadzać do warszawskich kawiarni. Powodem, który przemawiał za tym, abym zrezygnowała z kawy na mieście to ceny. Wydanie 10 bądź 15 zł na kubek napoju to całkiem, całkiem sporo. Zawsze sobie mówiłam, że jestem w stanie zrobić taką samą w domu, ale nigdy nie kończyło się to tym, że faktycznie robiłam to cappuccino i wygodnie siadałam w fotelu, zagryzałam ciasteczkiem i rozmawiałam. Dlatego w końcu się przemogłam, bo te wszystkie najnowsze smaki… w końcu musiałam zacząć ich próbować; jak na gastronautę przystało! Teraz jak planuje wypad do kawiarni to cieszę się jak małe dziecko. Przyjemnie jest usiąść, sączyć kawę, zjeść kawałek ciasta i rozprawiać o rzeczach ważnych i ważniejszych.




W sobotę byłam w cafeterii „The Barista”. W normalnych okolicznościach raczej bym do niej nie zaszła, bo mieści się w centrum handlowym, co niestety dyskwalifikuje lokal od razu. Jednak wyróżniająca się oferta na tle tych wszystkich kawiarni przykuła moją uwagę. W knajpce podają latte o smaku dyni.

sobota, 22 stycznia 2011

Saturday Night Fever!

Mówcie, co chcecie, ale Traovoltę kocham żarliwą miłością i dlatego w hołdzie, cykl moich sobotnich wpisów zamieszczać będę w serii „Saturday Night Fever”. SNF będą to notki dotyczące drinków, alko i wszystkiego, co procentowe. Jak na sobotę przystało, wypadało by wypić coś na rozluźnienie i na rozrzedzenie krwi, bo długa przed nami czeka noc.



W gastronomii często zapomina się o barmaństwie, a to bardzo, baaaardzo, baaaaardzo źle. Drinki, palemki, malibu, coco islands, kwiaty na szyi i cały ten kolorowy stuff to niezła zabawa, w której można stworzyć coś czarownego i do tego smacznego. Zachęcam was do zlewania czy jak kto woli zalewania, bo tu nie ma zakalców, które mogą popsuć nasz humor, a to przed weekendowym wypadem nie wskazane! No a już nie wspominam, że karnawał całą gębą.


piątek, 21 stycznia 2011

Moje japońske muffiny z zieloną herbatą.

W minionym roku miałam uroczego Mikołaja. Przyniósł mi pod choinkę kosz delikatesowy. Było to wielkie pudło, pełne smakołyków i produktów, z których można zrobić coś pysznego. Między innym dostałam zieloną, japońską Konachę. Za bardzo nie jestem miłośnikiem zielonej herbaty, więc tak naprawdę stała ona bezużyteczna, aż od Wigilii. Szkoda mi jej się jednak zrobiło i postanowiłam zrobić z jej użytkiem muffinki. Z doświadczenia wiem, ze herbata dobrze współgra z cytryną oraz widziałam mnóstwo przepisów herbaciano-czekoladowych, tak więc składniki na muffiny miałam już wybrane.





czwartek, 20 stycznia 2011

Moja domowa spiżarnia

Tropical food – coconut oil




Chciałabym, co jakiś czas przedstawiać wam produkt godny „polecenia” , którym warto uzupełnić domową spiżarnię. Dzisiaj wyrób z serii „organic coconut products”, czyli olej kokosowy, w100% bioorganiczny.
Wczoraj przedstawiłam wam przepis na zupę z użyciem tego produktu, dlatego zdecydowałam się go opisać jako number one.

Jest to olej z pierwszego tłoczenia na zimno, miąższu owoców palmy kokosowej, czyli krótko mówiąc kokosów. Cecha, która sprawia, iż jest godny  uwagi to taka, iż nie podlega procesem termicznym, zachowując w pełni wszystkie swoje właściwości. Oznacza to, iż jego wartości odżywcze pozostają niezmienne nawet pod wpływem wysokich temperatur. Poza tym producent na opakowaniu wymienia, iż jest bogaty w kwas laurenowy, jest nierafinowany, bez sztucznych barwników, aromatów i co najważniejsze dla naszego zdrowia niebielony i wolny od trans nienasyconych kwasów tłuszczowych.

środa, 19 stycznia 2011

Słodko-ostro, czyli zupa krem kokosowo-kukurydziana z chilli i cheddarem.

Słodko-ostry krem z kukurydzy
  • 1 cebulka
  • 1 chilli
  • 2 puszki kukurydzy
  • 1 opakowanie mleczka kokosowego
  • odrobina oleju kokosowego
  • ser cheddar 200
  • nachos
  • tymianek
  • kolendra
  • sól, pieprz
Straciłam głowę dla tej zupy! Jak dla mnie jest to stuprocentowy sukces w połączeniu smaków. Natknęłam się na ten przepis w magazynie kuchnia, jednak jak to ja, musiałam coś "udziwnić". Wiem, wiem pierwszy raz powinno się zrobić kropka w kropkę, ale mój mózg podsunął mi małe pomysły na ulepszenie pierwotnej receptury. Tak więc, czemu nie? Zupę robi się naprawdę szybko, jest banalna, a efekt powalający.

wtorek, 18 stycznia 2011

Obserwatorium Gastronomiczne: - czyli, ja na tropie "the best of the best" restauracji w Warszawie no.2

(wizyta 23.XI.2010)




            Restauracje, a raczej bistro „Babooshka” wybrała moja siostra. Jadłyśmy tam w listopadzie i pamiętam, że nasza wizyta wypadła w środku tygodnia (nie tradycyjnie w niedziele), natomiast knajpka pomimo, iż to wcale nie był weekend pękała w szwach.


           

            Lokal jest sympatycznie urządzony. Dość w rustykalnym jak dla mnie stylu. Jednak taka koncepcja sali jest nade wszystko wskazana, kiedy serwujemy kuchnie skrajnie tradycyjną i do tego rosyjską. Drewniane stoliki, krzesła, panele. Mnóstwo chust na ścianach i obrusy dziergane jak przez nasze babcie, odpowiednio oddawały klimat Rosji.

poniedziałek, 17 stycznia 2011

"Kasztany są brązowe, ten kolor lubi wielu (...)"

Kasztany jadalne to jeden z bardziej ekskluzywnych dodatków do wszelakich dań. Choć sezon na nie przypadła tak naprawdę na jesień, dostałam je przypadkowo w styczniu, w Tesco, na warszawskim Gocławiu. Tak więc, bez zastanowienia nabyłam ich, aż 1,5 kg.




Z kasztanami nie miałam wcześniej do czynienia, aż do wizyty w węgierskiej restauracji Borpince. To tam po raz pierwszy ich spróbowałam. Pamietam, iż serwowali je w karcie deserów jako mus, który mi niesamowicie posmakował. Choć faktycznie puree było słodkie, to jednak zostawało cierpkawy posmak na języku i dodatkowo do tego miało lekko orzechowy, ale wyczuwalny posmak. Kasztany są dla mnie oryginalnym połączeniem smaków. Bardzo wytrawnym i do tego występujący w naturze.

niedziela, 16 stycznia 2011

Economy Gastronomy

Choć moja zamrażalka nie wygląda jak opuszczone iglo, to skrywała dla mnie kawałek wyrobionego, kruchego ciasta, którego znalezienie naprawde mnie ucieszyło. Dzięki tej niepozornej zamrożonej bryle, mogłam zadziałać bez zakupów, nakładów finansowych i czasochłonnych przygotowań.




Ciasto rozmroziłam, jednak była to jakaś resztka z tarty, którą kiedyś przygotowałam, więc za dużo tego nie było. Na dużą formę na pewno by nie starczyło. A dorabiać do tego nowe - niewskazane.






Nie jestem zwolenniczką wyrzucania i marnotrawienia żywności. Wręcz tego nienawidzę . Nie rozumiem ludzi, którzy wyrzucają jogurt, bo nie podoba się im zapach, bądź warzywa, które w siatce się trochę pogniotły.  Coż widocznie należało je inaczej ułożyć.. Nie mam ich w swoich znajomych na facebooku i najchętniej nie chciałabym, więcej oglądać takich sytuacji, których przykłady wymieniłam powyżej.