Pokazywanie postów oznaczonych etykietą recenzja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą recenzja. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 14 listopada 2011

Pianki Marshmallow do kawy :)

Dzisiaj taki luźny post. Taki bardziej przegadany.

Listopad przyszedł, markety i Smyk przypominają już o zbliżających się świętach, a ja, cieszę się jeszcze z plusowych temperatur i braku jesiennej depresji.
 ***





Tak się miło złożyło, że akurat ten weekend zostałam w stolicy, więc w sobotę wyruszyłam na upragniony research po sklepach. Poszukiwałam masy kanapkowej 'marshmallow' o smaku tradycyjnym, jednak uraczyłam tylko malinową i truskawkową. W rekompensacie kupiłam sobie mini pianki, które zamierzam przeznaczyć jako słodzik do kawy.


Podpatrzyłam, że coraz więcej kawiarni ma je wyłożone na swoich 'komodach', których namolnie poszukujemy z jeszcze zaklejonymi powiekami, aby wzbogacić naszą Amerykę (czy tam latte, jak kto woli) o cukier, który idealnie z rana współgra z kofeiną.



Ja osobiście nigdy w kawiarni się na nie nie skusiłam, ale kiedy już zwątpiłam podczas zakupów, że dostanę poszukiwany przeze mnie krem, wtem spadły mi z nieba one. I co zrobiłam? Kupiłam. Bo nie chciałam ryzykować, że zniechęcona wrócę do domu z pustymi rękoma. Trzeba dokarmiać swój dobry humor, tak więc wróciłam podekscytowana, wyłącznie z myślą o małej, mlecznej kawie w nowym, zimowym kubeczku z dodatkiem (jakby tu moja koleżanka pewnie powiedziała) hipsterskich pianek.


Cukrowa otoczka się rozpuszcza, lekko słodząc kawę. Pod koniec, kiedy już nosem dotykasz prawie dna, połykasz małe, lekko rozpuszczone i ciut 'obślizgłe' ( w całkowicie pozytywnym znaczeniu tego słowa ) pianki. Fajny bajer, ale dla mnie o 6 rano jednak nieakceptowalny, gdyż o tej wczesnej porze, chcę jak najszybciej dużo cukru i kofeiny, najlepiej już, w tej chwili! Jednak idealne na damską posiadówkę z sernikiem, który już sam w sobie ma 1100 kcal, kiedy dodatkowe kalorie w kawie, nie mają już dla nas żadnego znaczenia.

Do kupienia w Marks and Spencer. Cena 11,99 zł


poniedziałek, 25 lipca 2011

Gdzie by tutaj sobie w Gdyni zjeść? WAKACYJNIE :)

Oj, odgrażałam się, odgrażałam. Że napiszę, że obsmaruję bądź pochwalę. No i w końcu usiadłam i napisałam. Recenzja wakacji patrząc na nie gastronomicznym okiem ;). Sorry, że tak długo musieliście czekać, ale cóż, dla mnie przepisy mają pierwszeństwo. ;)


Jak tradycja przykazuje trzeba raz w roku do Gdyni się wybrać. Ale nie tak przypadkowo nad morze i plackiem na plaży leżeć. Jeżdżę co roku właśnie tam, gdyż nie wyobrażam sobie wakacji bez Open’era.  



Chociaż zawsze wynajmuję mieszkanie z kuchnią, w której mogłabym z powodzeniem coś upichcić to w tym roku się zaparłam. Nie będę gotować i koniec. Jak wakacje to wakacje. Niech ktoś ugotuje coś dla mnie!


Mam awersję po wpadce dwa lata temu; jak nagotowałam makaronu z mięsem na tydzień to nie mogliśmy go zjeść. Tak więc tak. Więcej gotówki, lista lokali przygotowana i byłam gotowa, aby smakować, przeżuwać, próbować i zajadać się!

***

1. Po pierwsze. Co prawda byłam tylko tydzień, ale jeść trzeba. I moje spostrzeżenie. Nawet jak jest sezon i do tego festiwal i wszystko jest 3 razy droższe to i tak jest taniej niż w Warszawie. Smutne, ale cóż.. Prawdziwe!

2. Biedronka. Gdzie się zaopatrywać na śniadania jak nie w Biedronce? Odkryłam pyszny serek India firmy Arla, ale niestety tylko regionalny. U nas go nie ma. I strasznie żałuję! Bodajże z kurkumą i curry. Jak jest u was koniecznie to spróbujcie.!

3. Pączuś. Gdzie są najlepsze pączki na świecie? W GDYNI. Matko Boska, wierzcie bądź nie, ale takich pączków jak tam robią nie skosztujecie nigdzie. Gdybym mieszkała bliżej pojechałabym po nie w tłusty czwartek.




4. Ryba. Gdzie zjadłam najlepszą rybkę? W smażalni X na deptaku. Nie jakieś tam wielkie restauracje na bulwarze nadmorskim. Zwykła smażalnia, plastikowy talerzyk i niska cena za dobrą jakość. Oby tak dalej!



5. Naleśniki. Podczas festiwalu, Gdynia przeżywa oblężenie. W porze obiadowej wcisnąć się gdziekolwiek na obiad graniczy z cudem. Na szczęście jest cudna Nalesnikarnia. Gdzie zjesz tanio i dobrze. A stolik zawsze się znajdzie, bo dziewczyny uwijają się jak mrówki. Mówię o gdyńskiej Fanaberii. Raz poszłyśmy na naleśniki w stylu hiszpańskim i indyjskim, a innym razem na sałatki. Czerwone pesto z kurczakiem i wiejska. Pysznie i świeżo, a porcje tak duże, że aż ciężkie do zjedzenia. Czasami myślę sobie, ze chętnie bym się do niej przeszła tu i teraz ;). Polecam!




6. Nie mogłam wrócić z wakacji nad morzem, niezjadłszy wakacyjnego gofra XXL z bitą śmietaną. Nigdy nie przestanę szaleć na ich punkcie.


7. Zapach wędzonki… na samą myśl cieknie mi ślinka.


8. Oldschoolowa wyciskarnia soków. A to było za odkrycie! Mały lokalik, ukryty gdzieś wśród molochów. Starszy pan sam wyciska soki, w środku kilka stolików i lada pełna dzbanków. Żałuje, że nie spróbowałam soku z szpinaku, albo kopru włoskiego. Brakuje mi czegoś takiego w stolicy. Pan na Marszałkowskiej zrobiłby furorę. ;)



9. T. Deker. O wybitnie zdolnym cukierniku przeczytałam w Food&Friends. Cukiernie tylko w trójmieście. Podbijają Berlin i Sztokholm. Czarują wyglądem i rozpieszczają smakiem. Bez cukru, dużo zdrowego miodu. Nie dostaniecie tu tradycyjnej napoleonki. To nie typowa cukiernia z tradycyjnymi wypiekami. Tęsknię za smakiem ciastek, których nie uraczę u siebie.





10. Lizaki bez cukru. Grillowane pianki. Czyli raj dla cukrożercy. Czytaj - dla mnie. Jedyny sklep w trójmieście. Wyczuwam trendy z zachodu. Może Bruksela, albo Berlin Tamtejsze sklepy ze słodyczami powodowały u mnie ból głowy, który był spowodowany niemocą przy wyborze. To samo poczułam w Gdyni. Niesamowite urozmaicenie dla słodyczoholików, którym przejadły się czekoladki, ciasteczka i batoniki ze sklepowej półki.




11. Cafe cynamon. Pyszna kawa. Miłe urozmaicenie od warszawskich sieciówek. Wielki wybór kaw na słodko, które notabene ubóstwiam ;). Rafaello rządzi! Jedna uwaga. Pan kelner blondyn niech się trochę rozchmurzy. Open’er szybko mija i sobie zaraz odpoczniesz dziecinko, więc odrobinę uśmiechu i serdeczności byłoby wskazane!




12. Restauracja Barakuda. Mega szok, wk**w i rozczarowanie. W necie co ja się nie naczytałam jak tam smacznie, przyjemnie i pysznie. Okropnie drogo w rzeczywistości, niesmacznie, dania zimne, obrzydliwie doprawione. Myślałam już o zwrocie, ale człowiek głodny, zwłaszcza opene’rowicz, zje w desperacji wszystko.


THE END...

wtorek, 31 maja 2011

Bo życie jest jak pudełko czekoladek...

"Życie jest jak pudełko czekoladek - nigdy nie wiadomo, co się trafi." - Święte słowa!

Nigdy nie sądziłam, iż na trafię na swej drodze pasty kanapkowe, które zmienią mój czekoladowy światopogląd.



Chocolate Company Poland, bo to o tej firmie będę pisać, dopiero raczkuje na naszym gastronomicznym rynku, a już zdobyła swoich sympatyków. W miniony poniedziałek w jej "sidła" wpadłam i ja. ;)




Niesamowity asortyment, niewyobrażalne połączenia smaków i kosmiczne ceny. Tak bym scharakteryzowała tą firmę. Skusiłam się na zakup pasty kanapkowej o smaku białej czekolady z wanilią i jogurtem. Cena 35 zł. Jednak przy niej nutella może się schować. Już odliczam do wypłaty, aby kupić białą czekoladę z gruszką, a potem z karmelem, a co!



Dlaczego zakochałam się od pierwszego wejrzenia? Ze względu na smak.
Rozkosznie dobre, oryginalne i rozsądny skład. Polecam.

Co?:          Chocolate Company Poland
Gdzie:       Stoisko handlowe C.H. ZT / Galeria Mokotów
Cena:       35 zł. Dużo, jednak jeśli Nutella kosztuje 9 zl,
                 to uważam to mimo wszystko, za sensowną cenę.
Ogólnie:   Megasmaczne i absolutnie do nabycia.




środa, 11 maja 2011

Kawiarniany Mcdonald , czyli Starbucks.

Do Starbucksa poszłam sprawdzić pogłoskę, która niesie, iż to właśnie w tej kawiarni robią najlepszą kawę na świecie. Nie byłam nastawiana optymistycznie do wizyty tam, gdyż nie znoszę lanserskiej otoczki, która krąży wokół tej firmy. Całej jej wyimaginowanej idealności i podobno panującego w lokalach nastroju wielkiego miasta (rozumiecie Big Apple i te sprawy 0_o). Cokolwiek.



Chciałabym zacząć od tego, ze bardzo zwracam uwagę i cenię sobie niezmiernie wystrój danego miejsca. Nie będę przecież przepadać za miejscem gdzie nie czuję się komfortowo czy mówiąc bez ogródek, wnętrze jest po prostu niepociągające. Musi być to coś. Ten klimat. I nie koniecznie NY style, chociaż moim zdaniem ta sieciówka nie ma nic a nic w sobie z Ameryki. Starbucksa dotyczy dość mocno ten problem. Totalna klapa na tej płaszczyźnie.

Kawa. Ja kawy nie zamówiłam, moja siostra owszem. I ujmę to tak. Jeżeli Dorota czegoś nie dopija to musi być to naprawdę gówniane. Tak się niestety stało, bo 1/3 kubka wylądowała (jak się domyślam) w zlewie po naszym opuszczeniu lokalu. To pierwsza taka sytuacja. I mam nadzieję, że ostatnia, bo nie nawidzę jak coś takiego ma miejsce. Chodzi mi o marnotrawstwo. Nawet jeśli chodzi o kawę.




Ja zamówiłam coś w stylu ‘smoothie’. Na mleku sojowym z syropem truskawkowym i bitą śmietaną. Nie narzekam, bo był dobry, ale gdyby głębiej się zastanowić nad jego składem to za 16 zł to lekka przesada. Wyglądałby mniej więcej tak: (oczywiście w kolejności malejącej) lód, mleko sojowe, bita śmietana, pompka syropu truskawkowego. Dobre, ale jak za sam lód to trochę drogo. I tylko lekko truskawkowe, więcej syropu poproszę, albo najlepiej jakiegoś musu owocowego. No, ale reasumując: Starbucks wbija się w trend i sojowy smoothie jest bardzo na czasie.

Ogółem nie polecam. Nic ciekawego i raczej tam nie wrócę. Z dwojga złego wolę coffeeheaven. Trzymajcie się ciepło i samych dobrych kaw życzę ;)

środa, 9 marca 2011

Obserwatorium Gastronomiczne: White Chocolate Rum Mocha i tarta leśna.


Wizyta w Empik Cafe była niezaplanowana i spontaniczna. Po ostatnim zatruciu w Coffee Heaven obiecałam sobie, że do sieciówek raczej nie chadzam, ale sytuacja nas do tego zmusiła. Miałyśmy wybrać się do Misianki w Skaryszewskim, jednak późna pora i pokrętne dróżki parku, a do tego trzaskający mróz, uniemożliwiły nam znalezienie kawiarenki i po 30 minutach poszukiwań stwierdziłyśmy, że idziemy do pierwszej lepszej kawiarni.



Zawitałyśmy tam na krótko, bo nic w wystroju, ni atmosfera wnętrza, nie zatrzymała mnie tam na dłuższą chwilę.

Kawa White Chocolate Rum Mochca mimo wszystko znośna. Bardzo aromatyczna i słodka. Wyczuwalna czekolada, z rumem może trochę gorzej, ale efekt w całości niezgorszy. Kawa czarna to maleństwo. Nie poczujesz nawet po wypiciu całej.



To właśnie tu zjadłam ciasto, do którego nie mogłam się przyczepić. Mianowicie tartę leśną. Polecam.   

Miłe miejsce na szybką kawę i deser. Może i nawet na ploteczki z przyjaciółką, ale nie będzie to moja ulubiona kawiarnia na wieczorny relaks przy wyśmienitej kawie. Szukam dalej.

***

Pozdrawiam,
Szana.

czwartek, 3 marca 2011

Obserwatorium Gastronomiczne: Szlakiem warszawskiego pączka




Zjadłam 6. Kto da więcej? Uwielbiam tłusty czwartek, tylko dlatego, że w tym dniu uchodzi wszystko na sucho. Nadprogramowe kalorie odłożą się dopiero jutro :) Ja pączków w domu nie robiłam, z racji braku chyba przede wszystkim czasu, ale za to przygotowywałam się już tygodniami wcześniej, aby właśnie dziś zjeść tego pączka nad pączkami.


W tłusty czwartek większość pączków to gnioty, robione przez całą noc, na odpierdziel, pod presją czasu i szefa. Nie chciałam na takiego trafić w moje ulubione święto, dlatego postanowiłam zjeść parę pączków wcześniej od tych znanych i lubianych, aby właśnie dziś wiedzieć gdzie iść na zakupy.



1. Pączki Pani Gessler.

Wygląd: Maleństwa. Bardzo małe te pączusie, ale ładnie polukrowane, z dużą ilością skórki pomarańczowej, jednak bardzo słabo wyrośnięte (pewnie przez sporawą ilość nadzienia, o którym poźniej), jakby lekko spłaszczone (?!)
Smak: Smakowo niezłe, ale powiem nie powalają z nóg.
Nadzienie: Niezłe, różane, całkiem dużo.
Cena: 8 zł (What The Fuck?!) Tak. Tyle kosztowały, mimo to się jednak skusiłam. Nie warte swojej ceny.
Podsumowanie: Przeciętnie, a cena druzgocąca


tak wygląda pączek wart 8 zł...

2. A. Blikle.

Wygląd: Jeżeli Gesslerowej były maleńkie, to te, niestety miniaturki. Sporo lukru, schludnie wykonane
Nadzienie: Konfitura. Jednak niezbyt sporo
Cena: 2,90 zł. W porównaniu do Gesslerowej to mało, ale za tego pączka dałabym maksymalnie 1,20 zł. Zwłaszcza przez jego rozmiary.
Podsumowanie: Dobre, jednak z nóg nie zwalają.

3. Słynna pracownia cukiernicza na Górczewskiej.

Wygląd: Normalne gabaryty, jednak znikoma ilość lukru, dość kiepskiej jakości
Smak: Dobre, jednak myślałam, że będą lepsze.
Nadzienie: Standard. Ani dużo, ani mało. Smak żaden rewelacyjny
Cena: 2 zł.
Podsumowanie: W związku z dużą ilością samych opinii pozytywnych na ich temat, tradycji i zakładu historii, porażka. Typowe kiepskie pączki.


 A tu w kiepskiej formie pączki z Górczewskiej...

Wszystkie moje trzy podejścia to trzy rozczarowania. W efekcie jednak zadowoliłam się pączkami w pracy i w domu, które okazały się najlepsze. Od żadnych sław czy Bóg wie jeszcze, skąd. Najlepsze z bazaru, z mnóstwem marmolady (która wlała mi się, aż za rękaw), świeżutkie i przeogromne. Mam nadzieję, że wasze pączki też wam smakowały. I pamiętajcie, bo według starego zabobonu: ile zjedzonych pączków tyle miesięcy szczęścia. W takim razie muszę pomyśleć nad sześcioma dodatkowymi ;)


miłego obżarstwa
Szana ;)

niedziela, 27 lutego 2011

Obserwatorium Gastronomiczne: Słynna Magda Gessler i jej AleGloria.

Podejrzewam, iż wszyscy interesujący się gastronomią w stopniu bardziej zaawansowanym znają Panią Gessler.

Restauratorzy cenią się z jej opinią, a goście tłumnie odwiedzają jej warszawskie restauracje.




O Gesslerowej mówi się jako pionierce polskiej kuchni fusion, a jej restauracje zachwycają wystrojem. To w niej lubię! W swoich restauracjach serwuje dania naprawdę z górnej półki o nieoczekiwanych i niespotykanych smakach. Jej lokale poleca przewodnik Michelina. Do tego, gdyby było mało jako jedyna z niewielu polskich restauratorów ma szansę na gwiazdkę.


Wczoraj odwiedziłam AleGlorię. Poszłyśmy tam ze względu na chyba najbardziej oryginalne menu ze wszystkich i do tego najpiękniejsze wnętrza. Restauracja jest jednym słowem zachwycająca. Gessler ma swój charakterystyczny styl, lekko można byłoby powiedzieć zahaczający o tandetę, ale w całokształcie jest to wprost idealne i urzekające. O kiczu nie można tu mówić, choć większości pewnie się tak to kojarzy.




AleGloria dysponuje kilkoma salami: kryształową, truskawkową, leśną, kominkową i Malczewskiego. Wszyscy klienci jednak są sadzani w głównej, charakterystycznej – truskawkowej i moim zdaniem do tego najładniejszej. Na temat Sali napiszę tak: całego projektu pozazdrościć, bo sama bym chciała mieć tak ślicznie urządzoną restaurację; natomiast jedyne do czego mogę się przyczepić to niezbyt szczęśliwe ustawienie stolików. Odczuwa się wrażenie jakby było się w stołówce czy jadalni. Możliwe też, że to wszystko spowodowane jest bardzo dużą salą, ale nie bolało mnie to jakoś wyjątkowo.




Jest to pierwsza z restauracji, w której miałam problem z wyborem dania. Wszystkie warte zamówienia. W efekcie zjadłam sałatkę, danie główne i deser, choć przeważnie wybierałam tylko danie główne i podwieczorek.




Absolutnym hitem i rewelacją okazała się pierś kaczki na różowo z kluskami śląskimi i surówką z truskawek. Danie bardzo w moim guście, bo na słodko i powiem szczerze, że z powodu właśnie tej potrawy wróciłbym tam drugi raz. Ciekawy pomysł na podanie surówki do obiadu jako zwykłych owoców. Niby takie proste, a jednak. Sałatka truskawkowe pole z rostbefem, owocami granatu i dressingiem owocowym fantastycznie podana w liściu sałaty. Zamówiłyśmy również rubinowy barszcz, który miał mieć wkładkę „malinową”, jednak tu rozczarowanie. Barszcz bardzo dobry, tylko gdzie te maliny? Ten sam problem był w ziemniakach truflowych, w których też ten aromat gdzieś wywiało, ale kijowskie kotlety same w sobie bardzo dobre.


Przed wyjściem do AleGlorii czytałam recenzje internautów na temat tej restauracji, które były w większości negatywne, co do wielkości porcji. Tak, więc obalam mit. Dania nie są małe, ale w sam raz. Rzekłabym nawet, że takie same jak w większości innych lepszych restauracji, więc nie wiem o co ten cały dym.





I na sam koniec wisienka na torcie, czyli desery. Po raz pierwszy zdarzyło mi się, aby kelner „przyjechał” do nas z deserami i je nam zaprezentował! Istne wariactwo postawić przede mną wózek łakoci! Szaleństwo kolorów i smaków. Po dość trudnym wyborze, zamówiłyśmy tort Pawłowej i czekoladowo - truflowy. Naprawdę niebo w gębie, tego trzeba spróbować.





Całe wyjście oceniam jako idealne. Nie mam się do czego przyczepić, no poza barszczem i ziemniakami. Dania przepyszne, obsługa profesjonalna, wystrój urzekający. Obiecuję sobie, że tam wrócę, bo w karcie zostało wiele pozycji do spróbowania.

niedziela, 20 lutego 2011

Obserwatorium Gastronomiczne: Green Cafe i ich upiorny Coffee - Drink

Nie wiem jak wam, ale mi się nigdy nie zdarzyło, by zamówione przeze mnie danie, deser, czy cokolwiek innego, było aż tak wstrząsająco niesmaczne! Jadałam lepsze lub gorsze posiłki, ale nigdy nie powiedziałam kategorycznego „nie”. Zawsze brnęłam w to „coś”. Skubałam, mieliłam, aby zjeść do końca. Nie wiem z czego to wynika, ale chyba z takiego poczucia winy, że kelner zauważy, że mi nie smakowało, albo po prostu szkoda mi wyłożonych pieniędzy.





Kawiarnia Green Cafe do której wpadłam na chwilę wytchnienia, skusiła mnie mangochilli - kawowym drinkiem. To nic innego jak kawa z dodatkiem smakowych syropów. Jednak nazwa coffee – drink brzmi fajniej ;) i właśnie tak wpadłam w ich szatańskie sidła…
Ja niestety bez ciasteczka kawy nie wypiję, więc do tego kawałek ciasta marchewkowego i 24 zł z portfela mniej.





Design kawiarni kiepski, ale nie dla wystroju tam przyszłam. Mdłe kolory, jakby lekko sprane, niczym nie przypominały pasteli, które podejrzewam chcieli osiągnąć, fotele od czapy jak za Ludwika XVI, drewniane podesty z bojami jak na statku i do tego nie wykończony sufit, obklejony folią aluminiową jak w podziemiach hotelu, w którym odbywałam praktyki.






Mniejsza o większość. Pani powiedziała, że będzie wywoływać, więc poszłam się wygodnie rozsiąść. Czekam 3, 5, 7 minut, nikt nie woła.. W końcu zdenerwowana idę złożyć zażalenie, a tu moja kawka i ciasto sobie stoi (!) a za barem nikogo.. W knajpie było cicho, mało ludzi, nikt nie słyszał wzywania, a wiem, że baristka potrafi krzyknąć, bo byłam w szoku jak się darła, gdy stałam w kolejce. W efekcie moja kawka już sobie ładnie przestygła..





I tu teraz nawiążę do początku wpisu. Właśnie tą kawę miałam na myśli pisząc „kategoryczne nie”. Naprawdę niedobra i nie dlatego, że chłodniejsza, ale dlatego, iż mango chyba się ulotniło przez okres „przestoju”, a chilli z pięćdziesięciokrotnie zwiększyło swoją moc, bo tak niemiłosiernie paliło podniebienie, że nie dało się tego wypić i po prostu zostawiłam. A ciasto zdradliwe. Na początku smaczne, jednak im dalej w to brniesz, to wiesz, że to nie ma sensu. Po prostu, najzwyczajniej niesmaczne. Ni to słodkie, ni to gorzkie, nijakie.





Nie wiem, nie piłam, ale czarna kawa podobno zdatna, chociaż w wersji „duża” wciąż jest w porównaniu z innymi tą średnią. Ogółem nie wiem jak wypadają te cappuccino, latte i inne, nie chciałam próbować, bo byłam wściekła, że wydałam kasę w zamian za figę z makiem. Chciałabym tylko dodać, że na nieposprzątanej sali, zalegało mnóstwo niedopitych i pozostawianych sporawych kawałków ciast, czyli chyba ogólnie rzecz biorąc jest coś nie tak. Stwierdzam, że wizyta na poziomie dostatecznym (pomijając mój niewypał), a kawiarnia na dość słabym poziomie.

środa, 16 lutego 2011

Obserwatorium Gastronomiczne: Warszawski Przysmak - Zupa Pho!

W miniony poniedziałek byłam ustawiona z siostrą na obiad na mieście. Dorota zadecydowała, że zjemy słynną zupę Pho. Nie przypadkowo użyłam słowa „słynną”. Zupa Pho to tradycyjna zupa kuchni wietnamskiej. Można ją zjeść jednie w Warszawie (oczywiście taką jak trzeba, ze starej receptury gotowaną przez Wietnamczyka), bo tylko w stolicy mamy społeczność wietnamską. W żadnym innym mieście Polski nie ma tyle Wietnamczyków, co w Warszawie. A to zawdzięczamy Stadionowi X-lecia, który był skupiskiem Azjatów.





Pamiętam czasy, kiedy stadion był jeszcze otwarty. Poza niezliczoną liczbą budek z ubraniami, dodatkami czy pirackimi płytami; na stadionie znajdowała się pokaźna liczba barów gastronomicznych, które serwowały prawdziwe dania wietnamskie dla swoich zapracowanych kolegów.



Od tego się zaczęło. Jednak nadeszło Euro, stadion zamknięto, a tysiące Wietnamczyków nie miało się gdzie podziać. Dobrze się złożyło, że pozostali „w swoim fachu” i dalej gdzieś tam handlują, a część pracująca w gastronomii, założyła swoje własne knajpki. Nikt nie liczył się z sukcesem, jednak bieg wydarzeń zaskoczył wszystkich.



Po zamknięciu Stadionu wyszło jednak szydło z worka. Warszawiacy kochają kuchnię wietnamską, a ich tradycyjna zupa Pho to absolutny hit, o którym się już mówi jako przysmak Warszawy. Wszystkie te bary, pomogli wylansować celebryci, którzy często pojawiali się w lokalach i odtąd zaczęła się nie kończąca się ekspansja.




Ja dotarłam do baru na Pl. Konstytucji. Plakat z Pho wisi tam nad samym wejściem i zachęca przechodniów z odległości dobrego kilometra. Zjawiłyśmy się w typowej porze obiadowej i przyznam się szczerze, że był problem ze stolikiem! Przez otwartą kuchnię szło zauważyć miotających się azjatów w morzu zamówień. Sami skośnoocy gotujących dla nas tradycyjne, orientalne posiłki. Przyjemny widok.


Zamówiłam zupę Pho z kurą, siostra z wołowiną, a na drugie małą porcję tofu w pięciu smakach. Dorota sajgonki z krabów i krewetek. Zapłaciłyśmy około 20 zł na głowę, więc jak za takie porcje (jak się zaraz okazało) to naprawdę symboliczna suma.




Gdy kucharz (!) przyniósł nasze zamówienie lekko się zmartwiłam… Gdzie ja to wszystko pomieszczę. Porcje przeogromne. Zupa bez dna, a mała porcja tofu, to chyba przez przypadek była duża.. W efekcie wszystkiego nie zjadłam, ale siostra mi pomogła i zostawiłyśmy tylko łyk mojej zupy.


Zupa Pho to esencjonalny bulion z dodatkiem mięsa, kolendry, szczypiorku, imbiru i płaskiego makaronu ryżowego, od którego została zaczerpnięta nazwa zupy. Do doprawienia marynowany czosnek, kiełki i jalapeno w paście paprykowej. Po doprawieniu zupa pieści podniebienie, a smak uzależnia. Za 13 zł,, to ja już wykombinuję tak, abym wracała do domu przez Plac Konstytucji ;].





Tofu w pięciu smakach to solidna porcja ryżu, tofu i warzyw. Harmonia smaków i aromatów. Sajgonki krewetkowo – krabowe, nigdy wcześniej nie jadłam, ale zostały idealnie doprawione. Polecam wszystkim głowiącym się nad pokaźnym menu. Do tego węgorz (!) w karcie. Szybko tam wrócę.





Zachęcam was do przełamania się i zjedzenia w może niezbyt eleganckim wietnamskim barze, bez wieżyczki na kwadratowym białym talerzu, ale dla tych smaków i prawdziwej Azji w środku miasta naprawdę warto.