Zjadłam 6. Kto da więcej? Uwielbiam tłusty czwartek, tylko dlatego, że w tym dniu uchodzi wszystko na sucho. Nadprogramowe kalorie odłożą się dopiero jutro :) Ja pączków w domu nie robiłam, z racji braku chyba przede wszystkim czasu, ale za to przygotowywałam się już tygodniami wcześniej, aby właśnie dziś zjeść tego pączka nad pączkami.
W tłusty czwartek większość pączków to gnioty, robione przez całą noc, na odpierdziel, pod presją czasu i szefa. Nie chciałam na takiego trafić w moje ulubione święto, dlatego postanowiłam zjeść parę pączków wcześniej od tych znanych i lubianych, aby właśnie dziś wiedzieć gdzie iść na zakupy.
1. Pączki Pani Gessler.
Wygląd: Maleństwa. Bardzo małe te pączusie, ale ładnie polukrowane, z dużą ilością skórki pomarańczowej, jednak bardzo słabo wyrośnięte (pewnie przez sporawą ilość nadzienia, o którym poźniej), jakby lekko spłaszczone (?!)
Smak: Smakowo niezłe, ale powiem nie powalają z nóg.
Nadzienie: Niezłe, różane, całkiem dużo.
Cena: 8 zł (What The Fuck?!) Tak. Tyle kosztowały, mimo to się jednak skusiłam. Nie warte swojej ceny.
Podsumowanie: Przeciętnie, a cena druzgocąca
tak wygląda pączek wart 8 zł...
2. A. Blikle.
Wygląd: Jeżeli Gesslerowej były maleńkie, to te, niestety miniaturki. Sporo lukru, schludnie wykonane
Nadzienie: Konfitura. Jednak niezbyt sporo
Cena: 2,90 zł. W porównaniu do Gesslerowej to mało, ale za tego pączka dałabym maksymalnie 1,20 zł. Zwłaszcza przez jego rozmiary.
Podsumowanie: Dobre, jednak z nóg nie zwalają.
3. Słynna pracownia cukiernicza na Górczewskiej.
Wygląd: Normalne gabaryty, jednak znikoma ilość lukru, dość kiepskiej jakości
Smak: Dobre, jednak myślałam, że będą lepsze.
Nadzienie: Standard. Ani dużo, ani mało. Smak żaden rewelacyjny
Cena: 2 zł.
Podsumowanie: W związku z dużą ilością samych opinii pozytywnych na ich temat, tradycji i zakładu historii, porażka. Typowe kiepskie pączki.
A tu w kiepskiej formie pączki z Górczewskiej...
Wszystkie moje trzy podejścia to trzy rozczarowania. W efekcie jednak zadowoliłam się pączkami w pracy i w domu, które okazały się najlepsze. Od żadnych sław czy Bóg wie jeszcze, skąd. Najlepsze z bazaru, z mnóstwem marmolady (która wlała mi się, aż za rękaw), świeżutkie i przeogromne. Mam nadzieję, że wasze pączki też wam smakowały. I pamiętajcie, bo według starego zabobonu: ile zjedzonych pączków tyle miesięcy szczęścia. W takim razie muszę pomyśleć nad sześcioma dodatkowymi ;)
miłego obżarstwa
Szana ;)